AA
A
zapisz się do newslettera: 

ETPCz: Polska naruszyła wolność słowa. Wyrok ws. Wizerkaniuk p. Polsce dotyczący obowiązku uzyskania autoryzacji

W dniu 5 lipca 2011 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał ważny wyrok ws. Wizerkaniuk p. Polsce, w którym uznał obowiązek  uzyskania autoryzacji oraz odpowiedzialność karną związaną z jego niewypełnieniem za naruszenie art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, tj. prawa do wolności słowa.

Wobec Jerzego Wizerkaniuka, redaktora naczelnego „Gazety Kościańskiej” w 2003 r. zostało wszczęte postępowanie z art. 49 prawa prasowego w zw. z art. 14 pr. pras., ze względu na brak autoryzacji wypowiedzi prasowej. Redaktor opublikował wywiad, opatrzony zdjęciem posła, bez jego wyraźnej i jednoznacznej zgody. Postępowanie w sprawie przeciwko skarżącemu zostało warunkowo umorzone na rok, a skarżący został zobowiązany do zapłaty kwoty l 000 zł na wskazany przez sąd cel społeczny. Redaktor złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego (SK 52/05), który jednak uznał regulacje dotyczące autoryzacji za zgodne z Konstytucją oraz do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (skarga nr 18990/05).

Wbrew orzeczeniu TK, ETPCz uznał, że postępowanie karne oraz sankcje nałożone na dziennikarza były nieproporcjonalną ingerencją w prawo do wolności słowa. ETPCz podzielił tym samym zdanie odrębne prof. A. Rzeplińskiego, zgłoszone do wcześniejszego wyroku TK.  

W wydanym wyroku, ETPCz podkreślił przede wszystkim, że polskie sądy zignorowały dwa bardzo istotne czynniki dla właściwej oceny sprawy. Po pierwsze, sądy krajowe w ogóle nie odniosły się do treści wywiadu oraz nie badały, czy publikacja rzeczywiście zniekształcała oryginalne wypowiedzi polityka, przedstawiała je w fałszywym ub zmanipulowanym kontekście, a także czy faktycznie naruszyła dobre imię polityka.

Po drugie polskie sądy nie uwzględniły statusu osoby udzielającej wywiadu dziennikarzowi- tj.  tego, że był on wówczas czynnym politykiem, posłem na Sejm RP. Bez wątpienia  był zatem osobą publiczną, od której oczekuje się, aby była przygotowana na to, że jej działalność będzie przedmiotem szczególnego zainteresowania opinii publicznej. „Już sam brak rozróżnienia w podejściu do osób publicznych i prywatnych w sprawie z zakresu wolności słowa w praktyce polskich sądów jest niezgodny z utrwalonym orzecznictwem Trybunału, które konsekwentnie akcentuje, że granice ochrony przed krytyką osób publicznych są znacznie węższe niż w przypadku innych obywateli” – podkreślił ETPCz w uzasadnieniu orzeczenia.

Trybunał skrytykował także obowiązujące w Polsce przepisy  prawa prasowego nakładające obowiązek uzyskania autoryzacji oraz przewidujące sankcję karną za brak jego dopełnienia. Trybunał zaznaczył, że przepisy te dają obecnie osobie udzielającej wywiadu łatwe narzędzie, aby zablokować jakąkolwiek publikację wypowiedzi, którą po czasie uznają za niewygodną, choćby w pełni odzwierciedlała wypowiedziane przez nie wcześniej słowa. Obowiązujące przepisy nie wymagają podania uzasadniania dla odmowy autoryzacji, nie określają także ram czasowych na jej udzielenie, przez co osoby udzielające wywiadu mogą swobodnie odwlekać jego publikację. Zdaniem Trybunału, obowiązek ten może w nieuzasadniony sposób spowalniać obieg informacji i powodować, że zgromadzony przez dziennikarza materiał straci na wartości jako nieaktualny. 

Trybunał zwrócił także uwagę na to, że obecna regulacja może zachęcać dziennikarzy do tego, aby unikali bezpośredniego cytowania interlokutorów z obawy, że zablokują publikację odmową autoryzacji. Paradoksalnie bowiem przytaczanie cudzych wypowiedzi nie jest objęte takim obowiązkiem. Ponadto, ETPCz wskazał na inne dostępne w polskim porządku krajowym cywilne środki prawne (np. powództwo o ochronę dóbr osobistych), które z jednej strony nie są tak dotkliwe jak postępowanie karne (dopuszczalne przez Trybunał jedynie w skrajnych przypadkach nadużycia wolności słowa, takich jak np. mowa nienawiści), a jednocześnie środki te w wystarczający sposób chronią interesy osób udzielających wywiadów dziennikarzom, którzy dopuszczają się naruszenia zasad rzetelności zawodowej.

Więcej informacji dostępnych jest na stronie Obserwatorium wolności mediów w Polsce.
Autoryzacja musi zniknąć – komentarz dr Ireneusza C. Kamińskiego do wyroku ETPCz w sprawie Wizerkaniuk przeciwko Polsce
W wyroku z 28 września 2008 r. (SK 52/05) Trybunału Konstytucyjnego stwierdził, że przepisy ustawy  prawo prasowe nakładające na dziennikarzy obowiązek autoryzacji i określające sankcje (o karnym charakterze) za niewykonanie tego obowiązku (odpowiednio art. 14 i 49) nie naruszają polskiej Konstytucji. Po wyroku, który zapadł przy głosie odrębnym sędziego Andrzeja Rzeplińskiego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka zorganizowała dyskusję panelową, stanowiącą komentarz do orzeczenia TK. Podczas debaty sformułowałem osiem argumentów, które wskazywały (czasami już samodzielnie), dlaczego moim zdaniem regulacja dotycząca autoryzacji powinna zostać uznać za niezgodną z Konstytucją RP i Europejską Konwencją Praw Człowieka (publikacja pokonferencyjna pt. Autoryzacja wypowiedzi w prawie prasowym – wyrok TK i co dalej dostępna jest tutaj; zob. także zapis audio z konferencji).
Skargę konstytucyjną, która prowadziła do wyroku TK 28 września 2008 r. wniósł dziennikarz „Gazety Kościańskiej” Jerzy Wizerkaniuk. Skoro instytucji autoryzacji nie udało się zakwestionować przed Trybunałem Konstytucyjnym, pozostawał mu Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Dzisiaj (5 lipca 2011 r.) Trybunał w Strasburgu wydał wyrok w sprawie Wizerkaniuk przeciwko Polsce, jednogłośnie orzekając, że doszło do naruszenia art. 10 Konwencji, gwarantującego swobodę wypowiedzi. Byłem pewien, że właśnie taka będzie konkluzja werdyktu, wpisująca się w naturalny sposób w dotychczasowe strasburskie orzecznictwo (szczególna ochrona wypowiedzi dziennikarskiej, wywiad z politykiem, sankcja karna). Ciekawiło mnie natomiast, czy, a jeśli tak, to jak mocno Trybunał zdecyduje się bezpośrednio na krytykę polskiej regulacji, która była podstawą prawną dla wymierzonej sankcji.

Aby pozostawać w zgodzie z Konwencją, ograniczenie swobody wypowiedzi musi być równocześnie przewidziane przez prawo (legalność), chronić co najmniej jedno z dóbr (interesów) wyraźnie wskazanych w art. 10 (celowość) i konieczne w demokratycznym społeczeństwie. Trybunał oznajmia w wyroku Wizerkaniuk, że ma wątpliwości już co do celowości ingerencji (par. 63). To bardzo rzadki przypadek, gdy na wstępnym, rudymentarnym poziomie związanym z „jakością prawa” identyfikowana jest wada krajowego ustawodawstwa. Ale Trybunał zgodnie ze swoją zwyczajową metodologią  tego wątku nie rozwija, koncentrując się na braku konieczności.

Strasburski Trybunał wybrał mocny wariant krytyki (choć dwaj sędziowie: Lech Garlicki i Liljana Milović preferowali w zdaniu równoległym „słabsze podejście”). Trybunał wskazuje na rodowód przepisu o autoryzacji: znalazł się on w prawie prasowym z 1984 r, uchwalonym w czasach komunistycznego PRL-u. Ta regulacja, pomimo licznych (12!) nowelizacji została jednak utrzymana. Trybunał nie ukrywa, że takiej decyzji nie rozumie, bo przepisów o autoryzacji „nie daje się pogodzić z celami demokratycznego społeczeństwa i ze znaczeniem swobody wypowiedzi w kontekście takiego społeczeństwa” (par. 84 wyroku). W innym miejscu wyroku „paradoksalnym” nazwano rozwiązanie, które polega na ustanowieniu sankcji karnych, gdy dziennikarz wiernie przytacza słowa swojego interlokutora, ale czyni to bez autoryzacji, a równocześnie prawo dozwala na omówienie tych słów, co w oczywisty sposób musi prowadzić do odejścia od wiernego przekazu (par. 86). Czyli im dokładniej chce się przekazać wypowiedź innej osoby, tym gorzej dla dziennikarza.

Nie wydaje mi się możliwe takie zmodyfikowanie przepisów o autoryzacji, które czyniłyby je zgodnymi z Konwencją. Autoryzacja musi zniknąć z polskiego prawa, bo w przeciwnym wypadku czekają nas kolejne przegrane w Strasburgu. Ochronę praw osoby wypowiadającej się zapewnią natomiast w należyty sposób przepisy o sprostowaniu lub odpowiedzi. Ale tym razem już na podstawie zrozumiałej reguły: środek prawny przysługiwałby jednostce wtedy, gdy udzielona przez nią wypowiedź ulegałaby zniekształceniu. Problemem jest przecież odejście od wypowiedzi, a nie jej dokładne przytoczenie.

I na koniec pewna osobista refleksja. Nie zgadzając się z instytucją autoryzacji, zawsze gdy wypowiadałem się dla mediów, gromko oznajmiałem w ramach osobistej, lecz obywatelskiej kontestacji: nie chcę autoryzacji. I wielokrotnie po takim dictum dziennikarze kontaktowali się ze mną, by doprecyzować moją wypowiedź bądź sprawdzić, czy zrozumieli mnie dobrze i należycie cytują. Ufajmy dziennikarzom, a i pomyślmy, co im mówimy.


Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. Dowiedz się więcej jak je wyłączyć.